Ochrona przed spamem - nie otwieraj

nr 2(42)/2013
ISSN 2082-5005
Biuletyn Informacyjny Biblioteki Głównej UEK
nr 2(42)/2013
Tradycja wydawania biuletynów informacyjnych w naszej Bibliotece sięga lat siedemdziesiątych XX wieku. Elektroniczny Biuletyn Informacyjny Biblioteki Głównej Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie jest kontynuacją Biuletynu Informacyjnego Biblioteki Głównej Akademii Ekonomicznej w Krakowie, a jeszcze wcześniej "Biuletynu Informacyjnego" drukowanego w latach 1993-1997. Ukazuje się dwa razy w roku. Publikujemy w nim artykuły informacyjne, komunikaty o nabytkach Biblioteki (stałe rubryki nowości), sprawozdania z konferencji, z prac Rady Bibliotecznej oraz ciekawostki.

Piotr Zychowicz: Obłęd '44. Czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie

Książka „Obłęd 44” Piotra Zychowicza to prawdziwy przełom w postrzeganiu przez historyków, publicystów, a także zwykłych Polaków spraw związanych ze zrywem powstańczym 1 sierpnia 1944 r. w Warszawie. Nieodległe to czasy, kiedy jako „narodową świętość” Powstania nie wolno było czy też nie wypadało krytykować. Powód był jeden; peerelowska ocena powstania była jednoznacznie pejoratywna, z wyłączeniem rzecz jasna bohaterstwa szeregowych żołnierzy podziemia, których przywrócono „do łask” dopiero po okresie odwilży, po Październiku 1956 r. Ci „źli” to wyższe dowództwo Armii Krajowej w okupowanej Polsce i władze polskie na wychodźstwie Londynie, które obciążone były „biologicznym antysowietyzmem”. Jeżeli na tę starą kliszę podłożymy efekt najnowszych badań, kwerend i surowych ocen dotyczących politycznego sensu Powstania otrzymamy pozornie coś podobnego do tego, co serwowała nam przez lata komunistyczna propaganda. Czyli krytykę wyłącznie twórców demonstracji zbrojnej w stolicy 1 sierpnia 1944 r. ale już nie jej „zwykłych żołnierzy”, którzy walczyli i ginęli z poświęceniem. Jednak praca Zychowicza pisana jest z zupełnie innych pozycji. Z pozycji, co jak sam podkreśla polskiej racji stanu, która powinna obowiązywać w każdych, nawet najcięższych warunkach, zwłaszcza w tzw. sytuacjach „bez wyjścia”.

Mówiąc najoględniej; po pierwsze – w niepotrzebnym a nawet zbrodniczym, według Piotra Zychowicza rozkazie o wszczęciu Powstania naruszono coś najważniejszego – „ekonomię krwi”, politycznie nie uzyskując w zamian właściwie nic. Po drugie; na szczytach władzy Polskiego Państwa Podziemnego, Delegatury Rządu na Kraj, a także w samym Londynie niewątpliwie działała sowiecka agentura, dążąc do takich a nie innych rozwiązań, często poza wiedzą Naczelnego Wodza. Wymieniane są tu dwa nazwiska, będące dla większości Polaków ikonami patriotyzmu i poświęcenia – Okulickiego i Tatara. Trzeci, premier Stanisław Mikołajczyk jest dla autora nie tyle zdrajcą, co postacią żałosną – naiwniakiem i nieudacznikiem. Ze względu na te tezy właśnie książka Zychowicza będzie wstrząsem dla wielu czytelników.

A fakty są nieubłagane. Pierwsze wnioski nasuwają się same już po porównaniu obu okupacji; hitlerowskiej i stalinowskiej w latach 1939-1941. Skala zła i mordów obu okupantów była podobna, posługiwano się tylko innymi metodami. Nagle sytuacja ta, a co za tym idzie – równe traktowanie obydwu zbrodniczych systemów miała ulec zmianie. Po napaści III Rzeszy na ZSRS i ponownym nawiązaniu stosunków dyplomatycznych pomiędzy rządem polskim na emigracji a Sowietami Armia Krajowa niejako automatycznie miała się stać „sojusznikiem naszych sojuszników”. I z chwilą przechylenia się szali zwycięstw na stronę Armii Czerwonej „musiała” odsłonić swój potencjał i podziemne struktury wobec Rosjan. Dlaczego? Takie były wymogi zachodniego sojusznika. Dlatego również w 1944 r. w ramach ogólnopolskiego wystąpienia przeciw Niemcom, czyli akcji „Burza”, godzina „W” w udręczonej 5-letnią okupacją stolicy kraju w zamyśle KG AK miała unaocznić Sowietom, kto jest tu gospodarzem i doprowadzić do ujawnienia i legitymizacji prawowitych władz polskich w kraju i na uchodźstwie wobec PKWN. A więc przeciwstawić się w ten sposób realnej groźbie wasalizacji i sowietyzacji Polski. A walka z Niemcami natomiast uchylić miała zarzut, że AK stała z bronią u nogi, hołdując wciąż doktrynie istnienia dwóch wrogów, Niemiec i ZSRS. To ostatnie, „podręcznikowe stwierdzenie”, według Piotra Zychowicza po wnikliwej analizie faktów nie wytrzymuje krytyki. W sposób perfekcyjny i aż do bólu logiczny udowodnione jest to w kolejnych rozdziałach ponad 500 stronicowego opracowania tego historyka - publicysty.

„Sojusznik naszych sojuszników” czyli Sowiety od 1941 r. wcale się bowiem nie zmieniły. To było dokładnie to samo państwo, które najechało na Rzeczpospolitą od Wschodu w 1939 r., dokonało zbrodni katyńskiej w 1940 r. a wywózki, wywłaszczenia i mordy były wpisane w system komunistycznego totalitaryzmu oraz bezprawia i funkcjonowały nadal w najlepsze, były wręcz na porządku dziennym.

Kiedy stało się jasne, że Armia Czerwona wobec niepodległościowego podziemia w głębi kraju zachowywać się będzie podobnie jak na „wyzwalanych” przez siebie Kresach przedwojennej RP - według autora książki, jedyną rzeczą którą można było zrobić, to nie robić nic. „Sowiety i tak przyjdą – bez żadnych powstań”; zwłaszcza tu – na Kresach, gdzie Golgota Wschodu się zaczęła - było to oczywiste. Czyli partyzanckie działania wobec Niemców ograniczyć należało jedynie do samoobrony, a tam gdzie lokalnie było to możliwe przejściowo nawet wejść w porozumienie z Wehrmachtem w celu zwalczania szczególnie niebezpiecznej partyzantki sowieckiej i PPR. W roku 1944 było jasne, że Niemcy w Polsce są już czynnikiem przejściowym. I jeden udany atak partyzancki na niemiecki pociąg z wojskiem to uratowana od pogromu jednostka armii sowieckiej lub NKWD, która dziesiątkowała później akowców. A także i ocalenie życia potencjalnym, często przypadkowym zakładnikom mordowanym zwykle przez hitlerowców w odwecie na miejscu takiego zamachu. Opisany przez Zychowicza casus nieoficjalnego uzbrajania przez Wehrmacht niektórych oddziałów Armii Krajowej na Kresach, propozycja oddania Wilna akowskiej administracji przez niemieckiego okupanta aby wspólnie przeciwstawić się Sowietom to fakty skrzętnie skrywane nie tylko przez peerelowską historiografię ale niechętnie wyjawiane i dziś przez weteranów tamtych wydarzeń.

Ten odruch czasowej i czysto koniunkturalnej lokalnej współpracy z Niemcami na Kresach nie został zaaprobowany przez najwyższe dowództwo AK i rząd polski w Londynie. Przeciwnie – nakazał on zerwanie wszelkiej kolaboracji z Niemcami na rzecz współpracy z Armią Radziecką. Współpracy, która oczywiście w mniemaniu władz nie była już „kolaboracją”. Tymczasem oddziały AK, które wykonały ów rozkaz, odsłaniając swe struktury i dzielnie wypierając Niemców wespół z Czerwoną Armią były następnie otaczane przez NKWD. Oficerów najczęściej spotykał katyński strzał w potylicę, reszta miała wybór; albo Armia Berlinga, albo wywózka wgłąb Rosji. Nieporównanie lepiej wyposażone, umundurowane i przeszkolone - w zestawieniu z powstańcami warszawskimi oddziały AK z Kresów (i nie tylko) mogły też skutecznie za cichą aprobatą Niemców uratować od okrutnej rzezi ok. 130 tys. bestialsko zamordowanych przez UPA Polaków na Wołyniu. Nie uczyniono tego, bo najwyższe czynniki PPP i rządu polskiego w Londynie ten problem zlekceważyły. Ten jakże tragiczny wątek przez Zychowicza w „Obłędzie” jest nadzwyczaj dobrze rozwinięty. Brak większych oddziałów AK mogących stanowić skuteczną ochronę dla polskich mieszkańców Wołynia to poważny, niewybaczalny wręcz grzech zaniechania. Zychowicz opisał także hekatombę poświęcenia żołnierzy niepodległościowego podziemia z organizacji ZWZ – AK „Wachlarz” na wileńszczyźnie, którzy nakaz ujawniania się wobec Sowietów uznali zwyczajnie za zdradę stanu. Kontestując rozkazy dowództwa wiedzieli, co ich czeka ze strony wschodniego „sojusznika” o wiele lepiej aniżeli nie ryzykujący niczego planiści czy sztabowcy zza biurka w Londynie. Charakterystyczny jest epizod, w którym emisariusz z Londynu w związku ze zbliżającym się frontem nakazuje odsłonić radiostację, siatkę i punkty kontaktowe sowieckim partyzantom. Odmowa wykonania rozkazu przez oficera podsumowana była przez kuriera, że tym samym sprzyja nazistom. „Jeżeli nazista powie na krzesło, że to jest krzesło – ja nie zaprzeczę” – padła zdecydowana odpowiedź. Ale rozkaz w końcu był rozkazem. Efekt – kolejne straty i strzały na kolejnych polskich „Katyniach”. Potem kolejne pomniki…

I wreszcie sprawa podstawowa, bo „Obłęd” nie jest tylko opowieścią o samym Powstaniu Warszawskim, ale pokazuje nam w tle szersze spektrum polityczne na ówczesnej arenie dziejowej. A więc niesłychany wręcz cynizm i zakłamanie aliantów wobec Polski po raz pierwszy w 1939 r., później zaś podobne zachowanie się w Jałcie. Zachód konsekwentnie prowadził politykę, najpierw appeasement’u wobec Hitlera, potem zaś Stalina. I jak podkreśla Zychowicz, w przeciwieństwie do przywódców polskich chętnie szafował krwią, tyle że nie swoich żołnierzy. O co zresztą nie należy mieć do nich pretensji – wszak tak powinien czynić każdy dobry przywódca wobec swojego narodu. Polskie elity na emigracji, począwszy od gen. Sikorskiego, skończywszy na Mikołajczyku karmiono zaś złudzeniami, dodajmy ze skutkiem nad wyraz pozytywnym. Zwłaszcza po ujawnieniu zbrodni katyńskiej przez Niemców na wiosnę 1943 r., zerwaniu przez Sowiety stosunków dyplomatycznych rządem RP na uchodźstwie, gibraltarskiej tragedii i nie wyjaśnionym w pełni do dziś aresztowaniu gen. Roweckiego „Grota” przez Gestapo w Warszawie.

W książce Zychowicza głównym wątkiem jest jednakże to „drugie dno” – sprawa agentury NKWD i PPR na najwyższym szczeblu PPP. Chodzi o generałów Okulickiego i Tatara. Z konieczności, z braku twardych dowodów archiwalnych opis agenturalnego działania tych postaci, zwłaszcza jednak gen. Okulickiego ma charakter poszlakowy. Jednakże tok wywodów autora jest bardzo przekonywający. Naczelny Wódz, gen. Kazimierz Sosnkowski zakazał bowiem walki powstańczej w stolicy, z uwagi na fakt, iż wiele przesłanek wskazywało na to, że Stalin niemieckimi rękoma zamierza utopić powstanie we krwi. Misterna gra sowiecka i prawdziwe intencje kremlowskiego dyktatora nie były trudne do rozszyfrowania. I te czarne prognozy w pełni się potwierdziły w toku 63 - dniowego oporu w Warszawie. Najpierw prowokacyjne, natarczywe zachęty komunistów do wszczęcia powstania wysyłane w eter z radiostacji „Kościuszko” w Moskwie, a po 1 sierpnia 1944 r. kompletna cisza po prawej stronie Wisły, bądź pozorowane działania armii Berlinga. I wcześniej niepowodzenie misji Mikołajczyka u Stalina, który chciał się odciąć od „awantury warszawskiej”. Najbardziej perfidną zagrywką był epizod z 10 września 1944 r., kiedy do dowództwa AK przybył niemiecki parlamentariusz z propozycją kapitulacji (misja gen. Rohra). Sowieci natychmiast uskutecznili „pomoc”: rozpoczęli zrzuty broni (bez spadochronów broń uległa rozbiciu przy upadku a amunicja nie pasowała do skąpej broni powstańców). Osiągnąwszy swoje (parlamentariusz niemiecki został odprawiony) Rosjanie… znów zamilkli. Niezdecydowanie i chwiejność gen. „Bora” - Komorowskiego niezwykle ułatwiła agenturze sterowanie Kedywem i KG AK. Pomimo ostrzeżeń i trafnej oceny sytuacji przez wielu oficerów; płk. Bokszczanina, ppłk. Muzyczkę i szefa wywiadu, płk. Iranka – Osmeckiego.

Autor obala tezy, jakoby powstanie mogło – w wypadku cofnięcia rozkazu o jego wszczęciu wybuchnąć samorzutnie. Gorąca, chociaż słabo wyszkolona wojskowo, garnąca się do walk warszawska młodzież na pewno dostosowałaby się do poleceń dowództwa. Symboliczne uzbrojenie powstańców (wcześniej wycofano cięższą broń do podwarszawskich lasów) spowodowały już pierwszego dnia walk gigantyczne wręcz straty. Zychowicz opisuje, jak kilkudziesięcioosobowe oddziały, złożone właściwie jeszcze z dzieci mając do dyspozycji jeden czy dwa karabiny i kilka granatów wykonując rozkaz zdobywania broni… na Niemcach zostały wystrzelane niemal co do jednego. A ci ostatni, zaprawieni w bojach korzystali z nowoczesnej ciężkiej broni i ckm, które np. zainstalowane w bunkrach broniły niemieckich instytucji, takich jak komendy policji itp. O hekatombie ofiar – cywilów, a więc warszawiaków nie uczestniczących w walce, często przeklinających akowców za spowodowanie niewyobrażalnych cierpień, mordowanych bestialsko m.in. na Woli przez oddziały Dirlewangera i Kamińskiego nawet nie wspominając.

Najbardziej mroczną sprawą jest jednak samo doprowadzenie do Powstania. Okulicki, który wpadł zaraz na początku wojny w ręce NKWD, a enkawudzistą był już kurier przeprowadzający „Kobrę” do Lwowa, był torturowany na Łubiance. Tak, należy to podkreślić; w KG ZWZ-AK doskonale wiedziano jak wygląda funkcjonowanie podziemia na terenach zajętych przez Sowietów. Tam wpadało się zwykle od razu, podczas gdy Niemcy np. gen. „Grota” poszukiwali blisko 4 lata. Właśnie na Łubiance prawdopodobnie złamano „Kobrę”, który chcąc ratować życie pisał obszerne memoriały dla Sierowa o AK. Potem trafiwszy do Armii Andersa i działając w bliskim otoczeniu Naczelnego Wodza w przededniu Powstania zrzucony został do Polski na spadochronie z rozkazem… zakazu wszczynania walk w Warszawie. Rozkazu tego nie wykonał. Jakie były tego przyczyny?

Drugim człowiekiem, wyraźnie sympatyzującym z komunistami był gen. Tatar, który umieszczony na niezwykle newralgicznym punkcie odpowiadającym za łączność z okupowanym krajem sabotował depesze od i dla Naczelnego Wodza. W tej sytuacji zapobieżenie katastrofie było niezwykle trudne. „Kropkę nad i” czyli zdemaskowanie roli Tatara dopisał rozwój wydarzeń w końcu wojny i afera w sprawie polskiego złota zdeponowanego w Anglii. Podobnie jak późniejsze uwięzienie gen. Tatara przez komunistów i słynny proces „TUN” nie mogły zmazać jawnej jego zdrady, tak skazanie Okulickiego w procesie „szesnastu” nie zniwelowały jego „zasług” wobec Narodu. Bowiem korzyści odniósł tylko Stalin i „rząd” lubelski.

Autor z przekonaniem dokonał politycznego Résumé w sprawie Powstania, konkludując iż tak naprawdę jedyną siłą, która wykonała w sposób właściwy założenia i rozkazy Naczelnego Wodza były Narodowe Siły Zbrojne. Tylko ta formacja nie podporządkowała się samobójczym rozkazom i tylko ona wykazała dozę zdrowego rozsądku.

Praca Piotra Zychowicza podważając wyświechtane formułki odnośnie potrzeby Powstańczego czynu jednak co rusz podpiera się, co podkreśla sam autor wcześniejszymi spostrzeżeniami, przede wszystkim Józefa Mackiewicza i jego brata Stanisława (Cata). Te koncepcje polityczne, jakże logiczne, do dziś są w części środowisk patriotycznych ostro zwalczane i nawet potępiane. W pewnym sensie „Obłęd 44” jest kontynuacją poprzedniej publikacji książkowej Zychowicza pt. „Pakt Ribbentrop – Beck; czyli jak Polacy mogli u boku III Rzeszy pokonać Związek Sowiecki”. Książka ta, napisana także świetnym piórem jest również rodzajem prezentacji „historii alternatywnej”. Tak jak minister Beck nie wykonał testamentu Marszałka Piłsudskiego, aby nie wchodzić do wojny pierwszymi (bo nas zmiażdżą a Zachód nie wykona zobowiązań sojuszniczych), tak – nawet pomijając komunistyczną agenturę polski rząd emigracyjny w tym czy innym składzie żył w świecie iluzji, który sobie sam stworzył. Jeden błąd generował następny. A miliony ludzi straciło życie walcząc w imię tylko pozornie polskiej racji stanu. Rzeczywistym zwycięzcą był zaś kto inny.

Dlatego odbiór „Obłędu”, który ponad wszystko krytykuje naruszenie „ekonomii krwi Polaków” w imię obcych interesów powinien być niezwykle rozważny - rozumiany jako przestroga na przyszłość, a nie podręcznik opluwający „narodowe świętości”. Bo na pewno to ostatnie nie było celem autora. Najcięższe bowiem sytuacje i doświadczenia dziejowe nie zwalniają elit politycznych od jednego – trzeźwego myślenia. A to jednostronne myślenie skutkuje i dziś tym, że rzekomo tylko Hitler był zbrodniarzem. Stalin był jedynie „kontrowersyjny”. Właśnie taki, spaczony sposób postrzegania II wojny światowej obowiązuje dziś na Zachodzie i jest „jedynie słuszny politycznie”. Stąd publikacja Zychowicza łamiąc stereotypy, zmuszając czytelnika do innego spojrzenia skutecznie stara się obalić ten mit. Dlatego tak bardzo jest potrzebna.

Na koniec moja osobista refleksja jako Krakusa – tradycyjnie kontestującego niektóre poczynania Warszawy w naszych dziejach. A tego wątku czytelnik nie znajdzie w pracy Zychowicza. Aczkolwiek zawarte w jego książce tezy refleksja ta w pełni podzieli. Otóż nie każdy wie, iż Powstanie Warszawskie, wyrażając się kolokwialnie, miało wybuchnąć także w Krakowie. Całe szczęście, że nie wybuchło. Niemcy zajęli Kraków 6 września 1939 r. a opuścili go 18 stycznia 1945 r.Czyż nie lepiej że mamy oryginalny Rynek i Wawel, nie zaś ich architektoniczne podróbki? Bądź inną, gorszą lokalizację Nowej Huty? O - nieporównywalnie mniejszych - stratach wśród obywateli podwawelskiego grodu nie wspominając. Warszawa bowiem w całej grozie okupacji przeżyła nie jedną, a trzy fale zagłady; w1939, 1943 i na przełomie lat 1944/45. I przynajmniej o tę ostatnią apokalipsę za dużo. Niech właśnie ta refleksja posłuży za puentę niniejszej recenzji.

Piotr Zychowicz: Obłęd '44. Czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie. Poznan: Wydaw. Rebis 2013, 513 s.

Roman Garbacik

© 2009 Biblioteka Główna UEK